Miłość do samego siebie

Planeta Ziemia jest planetą, na której doświadczamy wielu rodzajów / odmian miłości… miłości do samych siebie jest jedną z nich. Niestety większość z nas nie umie obdarzyć samych siebie miłością… i nie chodzi tu o miłość egoistyczną (narcystyczną). Mam tutaj na myśli „zdrowy egoizm”, którego wiele lat mi brakowało… czyli miłości do siebie samej.

Czym charakteryzuje się osoba która siebie kocha?

Taka osoba ma kontakt ze swoimi emocjami, rozpoznaje je, ale ich nie wypiera, pozwala, aby one przez nią przepłynęły, lecz w żaden sposób ich nie zasila. Kochająca siebie istota stara się poznać siebie dogłębnie oraz akceptuje siebie taką, jaka jest. Pracuje nad swoim charakterem… a gdy przychodzi taka potrzeba ulepsza go (stale się rozwija, wzrasta i nie boi się wprowadzać zmian do swego życia). Ma w sobie uczucie wdzięczności dla Stwórcy, że ją stworzył / powołał do życia. Jest w niej wdzięczność za wszystko, czego we własnym życiu doświadcza. Kochająca siebie osoba jest w jedności z samą sobą, ze Stwórcą oraz ze światem, w którym żyje (odczuwa z nim głębokie połączenie, jedność).

Tak kochająca siebie osoba wspiera i troszczy się o innych, widzi ich potrzeby, ale nie stawia ich ponad potrzebami swoimi, które zaspakaja w zdrowy, rozsądny sposób. Jest świadoma tego, że ze światem może dzielić się w pełni swoimi darami, talentami, ale dopiero wtedy, gdy najpierw zatroszczy się o siebie. Jest osobą, która potrafi wyznaczać sobie granice i chroni swoją własną przestrzeń… jednym słowem jest swoim najlepszym przyjacielem, doradcą, który w pierwszej kolejności troszczy się o samego siebie, a następnie o innych.

Kochać siebie to znaczy: być wobec samego siebie życzliwym, cierpliwym, wyrozumiałym (nie oznacza to jednak, aby sobie pobłażać), być delikatnym, szanować siebie / swoją godność, jak i swoje własne uczucia (emocje) – szczególnie w obecnym czasie, kiedy wiele niskowibrujących emocji wychodzi z nas na światło dzienne. Te wyparte kiedyś części naszej osobowości chcą być zaakceptowane, a nie przebywać na ciągłym wygnaniu. Osoba obdarzająca siebie miłością jest zdolna z otwartymi ramionami przyjąć odrzucone części swojej osobowości i zsynchronizować się ze swoją duszą. Jest w stanie współczuć samej sobie, ukochać siebie, wybaczyć i przytulić, zaopiekować się i zająć sama sobą… sama siebie uszczęśliwia. Kocha i akceptuje swoje własne ciało, swoje organy i funkcje jakie spełniają oraz wszelkie procesy, jakie się w nim odbywają. Cieszy się nim. Potrafi wprowadzić do swojego ciała / wnętrza harmonie, balans, jest uziemiona i wycentrowana. Jest świadoma samej siebie, swego istnienia.

„Im bardziej zbliżamy się do naszych marzeń, tym bardziej nasza Własna Legenda staje się jedyną racją bytu” (Paulo Coelho)

Osoba kochająca siebie jest pełna radości i optymizmu, zadowolenia, szczęścia i przenosi to na ludzi dookoła. Potrafi się szczerze śmiać (nawet sama z siebie), bawić, być pogodną, radosną. Brak w niej uczucia konkurowania, czy bycia lepszą od innych. Jest zadowolona z własnego życia, istnienia. Jest dla siebie wspaniałomyślna. Cechuje ją wrażliwość, sensytywność, intuicja, jest kreatywna. Taka jednostka jest odpowiedzialna za swoje życie, czyny. Cechuje ją odwaga. Dba o swoje zdrowie, balans wewnętrzny, wypoczynek. Czuje jedność ze wszystkim, co ją otacza. Nie potrzebuje przewodników życiowych, guru – wie, po co się tu narodziła i idzie swoją drogą życia, niezależnie od tego, co mówią i jak uważają inni.

Kochać siebie = być spełnionym

Kochająca siebie osoba znajduje szczęście nie na zewnątrz, lecz wewnątrz siebie. Nie skupia się na tym, czego inni od niej chcą (gdyż często są to egoistyczne prośby), lecz na tym, czego ona sama pragnie (ma silną potrzebę zaopiekowania się w pierwszej kolejności sama sobą). Dla mnie osoba kochająca siebie to taka, która czuje się w życiu spełniona (która jest zadowolona z tego jak żyje i co robi)… która akceptuje siebie taką jaka jest, cieszy się chwilą (żyje w tu i teraz).

Większość ludzi uważa, że osoba kochająca siebie to osoba sukcesu, posiadająca bogactwo materialne, pozycję, tytuły. Ale czy naprawdę tak jest? Czy majętność i sukces rzeczywiście dają spełnienie? Życie pokazuje coś zupełnie innego. Jeśli naprawdę kochasz siebie i jesteś w życiu spełniony to sukces i bogactwo są jedynie „produktami ubocznymi” twoich poczynań, twojego stosunku do samego siebie, Boga i świata. Miłość do samego siebie jest wysoką wibracją, ma potęgę i wielką moc, moc tworzenia, kreowania. A więc co faktycznie znaczy bycie spełnionym? Na to pytanie niech każdy sam sobie odpowie.

Dolegliwość naszych czasów

Brak miłości własnej to „dolegliwość” ludzi, którzy często poszukują odpowiedzi i przyczyn na zewnątrz. Odwiedzają różnego rodzaju jasnowidzów, wróżbitów, Odczuwają, że coś z nimi jest nie tak. Mają problemy w relacjach nie tylko z bliskimi, ale i z samymi sobą. Czują, że czegoś im brakuje… i mają całkowitą rację, brakuje im czegoś bardzo ważnego, akceptacji siebie takim, jakim się jest oraz miłości do własnej osoby.

Jeśli pokochamy sami siebie, to będzie nam się lepiej żyło (oraz ludziom w naszym otoczeniu), rozwiniemy swój potencjał. Osoba kochająca siebie podnosi swoje wibracje, jak również energie dookoła. Promieniuje radością, ma dobry humor. Dlatego ludzie przebywający w towarzystwie takiej osoby czują się zrelaksowani, weseli, szczęśliwi, doenergetyzowani. Takie osoby „zarażają” swoim optymizmem i dobrocią serca.

Jak się objawia brak miłości do siebie?

Objawia się ciągłą krytyką, złością na samego siebie, niezadowoleniem, poczuciem bycia niewystarczająco dobrym (taki człowiek dąży do „perfekcjonizmu”, jednocześnie nie zauważając, że świat sam w sobie jest doskonały). Poprzeczka wymagań dla samego siebie jest coraz wyżej podnoszona. Na pozór osoba, której brak miłości własnej, dobrze daje sobie radę w życiu, jednak w swym wnętrzu przeżywa wiele niskowibrujących, destruktywnych emocji. To one sprawiają jej emocjonalny ból, duży strach, lęk przed odrzuceniem, obawy, stres. Jest jak małe dziecko, zagubione, samotne, czuje się bezradne, pozostawione same sobie, odtrącone, gorsze, niegodne miłości, niechciane / zbędne. Mimo swoich usilnych starań często (taka osoba) pozostaje niezauważona… a jak wiemy wszelkie traumy, negatywne wzorce, przekonania z dzieciństwa są przenoszone do naszego dorosłego życia… co więcej ludzie, którzy nie kochają siebie zabiegają o miłość na zewnątrz, u ludzi, którzy są dookoła nich, zamiast mocniej skupić się na miłości do siebie, ale nie tej narcystycznej, lecz tej „akceptującej”, „rozumiejącej” i „niepotępiającej”.

Co robi taki człowiek?

Korzysta z tzw. mechanizmów obronnych. Aby odłączyć się od bólu emocjonalnego człowiek pogrąża się we własnej pracy (pracoholizm). Koncentruje się na byciu lepszym od innych, sukcesie, materialnych korzyściach, pragnie posiadać władzę i kontrolę nad wszystkim. Chce rządzić światem i ma nadzieję, że taka postawa zminimalizuje jego lęk i da mu poczucie własnej wartości. Na dłuższą metę może powodować to przepracowanie i problemy ze zdrowiem, jak i również pogorszenie relacji rodzinnych. Niestety podziw, uznanie, zaszczyty nie dają ukojenia emocjonalnego bólu… nie jesteśmy w stanie go z siebie usunąć i to pomimo naszych wielokrotnych prób… uciszamy także nasz wewnętrzny głos (głos duszy), który stara się naprowadzić nas na właściwą drogę… drogę rozwiązania naszego problemu, uzdrowienia oraz samorealizacji.

Inną metodą jest wycofanie, zamknięcie się w sobie i otoczenie się murem, jak również zamknięcie własnego serca przed sobą i światem, aby nie czuć bólu emocjonalnego. Wielu pozostaje w izolacji (w swojej „fortecy”) do końca życia i przenosi problem na następne wcielenia (nazywam to „powtórką z rozrywki”).

W obecnym świecie mamy wiele tzw. „znieczulaczy”, większość ludzi w mniejszym, czy większym stopniu po nie sięga. Należą do nich alkohol, narkotyki, tabletki, seks i inne używki, jak również nadmierne przesiadywanie w wirtualnym świecie. To jednak przynosi jedynie chwilową ulgę, która koniec końców nie rozwiązuje naszego (głęboko zakorzenionego w nas) problemu.

Inni szukają pomocy u wróżek, jasnowidzów, terapeutów, bo sami nie potrafią sobie poradzić, gdyż tego typu uczucia mogą być niezrozumiałe, bardzo przytłaczające, silnie przygnębiające, mogące doprowadzić do stanu rozdrażnienia, głębokiego smutku, depresji.

Czy możesz pokochać innych bez miłości własnej?

Jeśli nie potrafisz kochać sam siebie, to czy możesz naprawdę pokochać innych? Czy można dać komuś coś, czego samemu się nie ma? Czy choć raz zastanawiałeś się jakie uczucia masz sam dla siebie?

Św. Tomasz z Akwinu pisał, że człowiek z natury został stworzony do ukochania wszelkiego dobra, włącznie ze swoim własnym. Miłość do samego siebie ubogaca się i doskonali poprzez bezinteresowną miłość do innych. Miłość, jaką ktoś darzy drugą osobę, „wynika z miłości, jaką ma wobec samego siebie”. Naturalna miłość do samego siebie to niezbędna i niezbywalna troska o zachowanie własnego istnienia i jego doskonały rozwój aż do osiągnięcia ostatecznego szczytu. Miłość jest idealnym wzorcem dla rozwoju wszelkich osobowych możliwości, wśród których jest dążenie do bycia szczęśliwym i uszczęśliwiania innych. (Wikipedia)

Większość ludzi nie ma miłości dla siebie samych, często przepełnia ich uczucie nienawiści do własnej osoby, gdyż nie potrafią zaakceptować siebie, takimi jakimi są. Jeśli nasi rodzice nie zostali nauczeni szacunku i miłości do samych siebie, to nie mogli nam tego przekazać (jak również i dać), my z kolei, nie mogliśmy przekazać tego swoim dzieciom… i tak dzieje się z pokolenia na pokolenie. Przerabiamy te same programy, schematy, co nasi przodkowie. Łączy nas z nimi ta sama tematyka / te same obciążenia duszy. Efekty tego są zauważalne w obecnym świecie – gabinety terapeutów, psychoanalityków są przepełnione (właśnie między innymi z tego powodu).

Jesteś nieszczęśliwy, nie czujesz się wystarczająco dobrym, brak Tobie miłości, więc codziennie szukasz na zewnątrz czegoś lub kogoś, kto Ciebie uszczęśliwi i pokocha, gdyż nauczono Cię szukać miłości na zewnątrz, a nie w sobie. Nieustannie porównujesz się z innymi, masz swoich idoli, których naśladujesz (upodabniasz się do nich), mając nadzieję, że i Ty zostaniesz pokochany, zauważony, doceniony, zaakceptowany. Niestety tak nie jest i to pomimo wielu wysiłków z Twojej strony. Zaczynasz szukać nowej konsumpcji, rozrywek, związków czy tzw. „znieczulaczy” z nadzieją, że coś Ciebie uszczęśliwi, zadowoli… że pozwoli zapomnieć o bólu, jaki w sobie skrywasz…. ale czy to funkcjonuje? Nie!!! Popadasz w jeszcze większą apatie, przygnębienie, izolację, wycofujesz się z aktywnego życia, potem przychodzi depresja, a na końcu nałogi, które w krótkim czasie wyniszczą Cię psychicznie i fizycznie. Nie potrafisz dotrzeć do przyczyny swych niepowodzeń, obwiniasz innych… lecz przyczyną jest brak akceptacji i miłości do siebie samego.

Miłość własna tak naprawdę nie ma wiele wspólnego z tym, jak postrzegają nas inni ludzie. Ma to związek z tym, jak my sami siebie widzimy, jaki mamy do siebie stosunek, jak obchodzimy się sami ze sobą, jakimi uczuciami obdarzamy siebie. Czy mamy kontakt ze swoją duszą? Czy czujemy się spełnieni? Jak sami siebie widzimy, tak inni nas widzą. Jaki stosunek mamy do siebie, taki i inni mają. Nasze życie jest wynikiem naszych wyborów… więc wybierz miłość do siebie zamiast depresji i smutku.

Nie byłam nauczona

Nikt mi nie przekazał w dzieciństwie informacji, aby kochać siebie… ani rodzice, ani ksiądz na religii, ani nauczycielka w szkole, czy środowisko, w którym dorastałam. Uczono mnie, że trzeba kochać innych i być dla nich dobrą, miłą, ale miłość do siebie? Jako dziecko nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje. Po latach zrozumiałam, że moi rodzice sami w dzieciństwie przeżyli wiele traum, nie dostali miłości od własnych rodziców, nie byli nauczeni miłości do siebie samych. Abyśmy my, jako osoby dorosłe potrafili szanować i kochać siebie, dawać miłość innym, musimy mieć rodziców, którzy przepracowali własne dzieciństwo, ból emocjonalny, skrzywdzenia, odrzucenie.

Starsze pokolenie raczej nie ma ochoty przepracowywać swoich traum (wiele z tych osób było dziećmi w okresie wojennym i powojennym). Oni chcą zapomnieć (spychając to w głąb siebie) to, co przeżyli we własnej rodzinie. Wstydzą się własnych przeżyć… wypierają je i nie chcą się nimi z nikim dzielić. Rozmowy z psychologiem / terapeutą niewiele dają, ponieważ mają oni wewnętrzne zahamowania, blokady, są zażenowani. Byli tak wychowani, że o tym, co dzieje się w domu nie rozmawia się z nikim, a co dopiero z obcą osobą. Uważają (okłamując siebie), że nie mają problemów, a to, co przeżyli w swojej przeszłości, nie przeszkadza im w codziennym życiu. Gdyby byli świadomi jak ich nieprzepracowane emocje, przeżycia wpływają na ich wnuki i prawnuki, na następne pokolenia, to myślę, że wielu zaczęłoby się otwierać i uwalniać pokłady emocjonalnych przeżyć. Wiele osób nosi w sobie poczucie winy, które trawi takie osoby od środka. Trzeba jak najszybciej uwolnić się od tego bardzo destruktywnego, niskoenergetycznego uczucia, ponieważ wszystko pozostaje w polu energetycznym naszego rodu. Lepiej dla nas i naszych rodzin jest to, aby nauczyć się postępować w życiu tak, aby nie mieć poczucia winy, a jeśli ono się pojawi, to należy jak najszybciej się od niego uwolnić wybaczając sobie i innym. Myślę, że jest to zadanie dla nas samych i naszego pokolenia, aby nauczyć się uwalniania od własnych destruktywnych niskowibrujących emocji.

Byłam oczekiwanym dzieckiem, ale nie tej płci. Rodzina pragnęła chłopca, a jak urodziła się dziewczynka, to było wielkie rozczarowanie. Przeżyłam traumę jeszcze przed narodzeniem. Dziadek, gdy się dowiedział, że urodziła się dziewczynka, powiedział, że się do mnie nie zbliży. W łonie matki dziecko wszystko odczuwa i rozumie, co dzieje się w świecie w którym ma zaistnieć. Odbierałam pragnienia rodziców, dziadków (męski przedstawiciel) co do płci. Sama zaś odczuwałam ogromy wewnętrzny lęk przed przyjściem na ten świat. Byłam przekonana, że jako kobieta jestem odrzucana nie tylko przez rodzinę, ale i świat. Te wszystkie zewnętrzne bodźce, sygnały, które jako płód odbierałam, były przepełnione: strachem, niepewnością, uczuciem odrzucenia, brakiem akceptacji, brakiem miłości. Przeżycia w łonie mamy wyposażyły mnie w adekwatne emocje. Po narodzinach emocje te z czasem narastały i pogłębiały się (szczególnie nienawiść do siebie i taty). Kiedy na świat przyszedł mój brat, zobaczyłam, że bycie dziewczynką nie jest łatwe (dziewczynki mają w życiu pod górkę). I tak oto stałam się „wojowniczką” praw płci żeńskiej.

Wzrastałam przepełniona strachem, bezradnością, co powodowało we mnie wzrost złości, agresji, nienawiści do samej siebie. Weszłam w role „kata ofiary”. Obwiniałam się, że nie jestem dość dobra, ponieważ nie potrafię zwrócić na siebie uwagi rodziców, ani otoczenia. Jako dziecko szukałam możliwości, aby mnie zauważono. Manifestowałam to na wszystkie możliwe sposoby, jakie dziecku przychodziły do głowy. Kiedy rozpoczęłam pracę nad sobą, swoim charakterem, nienawiścią do taty, zauważyłam, że moje bolące przeżycia w pewien sposób przyczyniły się do rozwoju mojej wytrwałości w poszukiwaniu sposobów, metod i kreatywności. Wpłynęły także na rozwoju mojego jasnoodczuwania, sensytywności. Wykształciłam w sobie zdolność do odczuwania emocji i pragnień członków rodziny, które zaspakajałam (w miarę możliwości) z nadzieją, że zostanę zauważona, doceniona, pokochana i zaakceptowana jako dziewczynka / kobieta.

Będąc małą dziewczynką potrzebowałam zauważenia, aprobaty, akceptacji własnej płci (szczególnie od taty, w późniejszym czasie również i od brata). Brakowało mi opieki, poczucia bezpieczeństwa oraz wsparcia. Chciałam być w centrum uwagi nie rozumiejąc, dlaczego tak się dzieje? Stawiałam potrzeby innych ponad swoje (sposób wychowania katolickiego, wspieraj bliźnich, a zasłużysz na miłość Boga). Wychowana w takich dogmatach, przekonaniach żyłam z nadzieją na aprobatę, zauważenie, docenienie jako kobieta. Manifestowało się to w moim dorosłym życiu i niejednokrotnie było to ponad moje siły – pomagając innym nie byłam tego świadoma, dlaczego mam taką silną potrzebę akceptacji? Byłam przepełniona strachem, lękiem że zostanę odrzucona.

Dzisiaj wiem, że był to program, który stał się automatycznym odruchem uruchamianym po pojawieniu się w życiu odpowiedniej sytuacji. Program, który wykształciłam w sobie nieświadomie w dzieciństwie, lub został ponownie uruchomiony i wzmocniony poprzez urodzenie się właśnie w takiej rodzinie, gdzie twierdzono, że kobieta jest czymś gorszym od mężczyzny. Dzisiaj wiem, że to był wybór mojej duszy, która chciała w tym życiu pracować, aby uwolnić się od programów, błędnych przekonań, wzorców własnych… chciała uświadomić sobie mechanizmy, sytuacje, które to powodowały (ostatecznym celem było ich usunięcie / uleczenie, zintegrowanie odrzuconych części własnej osobowości). Jaki jest cel życia tu na ziemi naszej własnej duszy? Celem jej jest wzrastanie, ewolucja. Moja kochana dusza chce doświadczyć jak najwięcej, bo celem życia na ziemi jest zbieranie doświadczeń! Kiedyś pytałam siebie wielokrotnie, dlaczego moja dusza to robi i w jakim celu chce tyle doświadczać? Odpowiedź była jedna, aby zaakceptować i pokochać siebie. 

Dzięki temu poznaniu byłam w stanie uwolnić się od tych przekonań, dogmatów (tego programu), niskowibrujących emocji. Wszystko zadziało się po to, abym odnalazła miłość do siebie samej, doceniła i zaakceptowała siebie jako kobietę, co pozwoliło mi odkryć kim naprawdę jestem, jakie mam talenty, zdolności. Bym z radością i miłością mogła dzielić się moimi darami, które długi czas były zablokowane. Pokochałam i zaakceptowałam siebie taką jaka jestem 🙂

Poprzez moje poszukiwania i działania moja kochana dusza nareszcie uleczyła swoje rany, nabrała odwagi i wkroczyła na ścieżkę, aby realizować swój plan tu na Ziemi (mój potencjał został odblokowany) – teraz poprzez moje ciało wyraża się tu na ziemi i pokazuje światu jak należy żyć / realizować się.

A teraz opowiem Tobie o moim najlepszym sposobie na wyleczenie ran związanych z brakiem akceptacji, uczuciem odrzucenia (siebie samej i przez innych – ów uczucie często się odnawiało i nie chciało się zagoić / zabliźnić). Tym sposobem było rozwijanie w sobie poczucia własnej wartości, co jest bardzo ważne i pomocne jak i docenienie siebie, rozwinięcie miłości do siebie samej. Odzyskanie pewności siebie, własnej godności oraz uświadomienie, jaką piękną istotą jestem. Zaakceptowałam swoje rany, które były wynikiem licznych nieprzyjemnych doświadczeń w moim życiu, co z kolei spowodowało uwolnienie z mojego wnętrza starych emocji, które mogłam nareszcie wydobyć na powierzchnię, przeżyć je jeszcze raz (z akceptacją, bez wypierania), przepuścić przez siebie i oczyścić. Bardzo ważnym krokiem było wybaczenie samej sobie i innym, bez oceny, wymówek, oskarżania. Znalazłam czas dla siebie i bez wyrzutów sumienia zaczęłam traktować siebie jako osobę najważniejszą zaspakajając swoje potrzeby, pragnienia. Swoją uwagę skierowałam na samą siebie – wcześniej tą uwagę kierowałam na innych w moim otoczeniu. Obecnie daję sobie pierwszeństwo z miłości do siebie samej, ponieważ jestem tego warta 🙂

Podsumowując

Patrząc wstecz, mogę powiedzieć, że to czas poszukiwań, przeplatany radosnymi oraz bolesnymi przeżyciami. Intensywny proces przemiany i oczyszczania, gojenia się ran, który trwa do dzisiejszego dnia. Krok po kroku prowadzona mądrością własnej duszy i wielkim wewnętrznym pragnieniem dotarcia do przyczyn, poznania samej siebie, tego, kim naprawdę jestem oraz po co tu jestem. Aby do nich dotrzeć, korzystałam z pomocy swojej intuicji, jasnoodczuwania, medytacji oraz takich możliwości, jakie podsuwała mi moja dusza: ludzie, miejsca, przedmioty, zdarzenia, sny. Praca nad charakterem, osobowością, ściślej mówiąc, nad różnymi jej częściami, które były na „wygnaniu”… były głęboko ukryte w podziemiach mojej podświadomości, których tak bardzo wyparłam i się wstydziłam, a nawet bałam. To były utracone części mojej własnej duszy.

Bardzo wcześnie wyrzekłam się swojej kobiecości (nie tylko w tym życiu – o tym dowiedziałam się w sesjach regresyjnych, które umożliwiły mi zanurzyć się głęboko w swojej podświadomości, cofnęły mnie daleko w przeszłość, do korzeni, abym zrozumiała (uświadomiła sobie) pewne rzeczy, a czasami przeżyła jeszcze raz ból, rozgrzebując stare rany po to, aby się ponownie zabliźniły. Cała ta praca była po to, aby na nowo pokochać siebie, zaakceptować swoją wypartą kobiecość, odblokować swoją kobiecą energię oraz uruchomić potencjał duszy.

Siłą napędową do mego działania było wielkie pragnienie wychodzące z mojego wnętrza. Dzisiaj wiem, że było to pragnienie mojej własnej duszy – po to na Ziemię zeszła, aby pokochać i zaakceptować samą siebie taką, jaka jest, zaakceptować swoją kobiecość i nauczyć się korzystać w pełni z kobiecej energii… aby wreszcie zacząć żyć wspaniałym życiem, którego od tak dawna pragnęła, aby poczuć się spełnioną i zamanifestować się tu na Ziemi. Dzisiaj wiem, że bez miłości własnej nie możemy żyć w jedności, harmonii, spełnieniu, jak również nie potrafimy pokochać innych. Dzieje się tak dlatego, gdyż nasze serce jest zamknięte na miłość własną. Dopiero odblokowanie miłości do samego siebie otwiera nasze własne serce i potencjał duszy, który jest w nas i czeka, aby z niego zacząć korzystać.

Z głębi serca dziękuję moim Kochanym Rodzicom za to, że ich dusze zgodziły się zejść z moją duszą tu na ziemię i stać się moimi rodzicami… że podjęli decyzję założenia rodziny (posiadania dzieci). Szczególne podziękowanie ślę mojej Kochanej Mamie, że chciała być matką w niełatwych czasach. Moi rodzice obdarzyli mnie mądrością i siłą życiową, abym była w stanie podołać wyzwaniom, które moja dusza na siebie wzięła. To dzięki nim uruchomiły się we mnie programy, których ma dusza chciała się pozbyć. Dzisiaj rozumiem, dlaczego moja dusza wybrała sobie takich, a nie innych rodziców, czy to konkretne miejsce narodzin. Chciała doświadczyć tego, co sobie zaplanowała na to wcielenie. Pragnęła smakować i doświadczać życia wszystkimi swoimi zmysłami… a jak wiemy, nasze doświadczenia są doświadczeniami  Boga – Źródła, które poprzez nas odczuwa, gdyż nasza dusza to część samego Źródła Stwórcy, która zeszła na Ziemię po to, aby  Źródło  mogło napełniać się nowymi doświadczeniami. Najważniejsze dla duszy jest, aby przypomniała sobie swoje boskie pochodzenie, własne piękno i miłość do samej siebie. Ma zrozumieć, że jest jedyna w swoim rodzaju, że jest Dziełem Stworzenia Swojego Stwórcy, gdzie tu na ziemi wspólnie z innymi pięknymi duszami tworzy jedność.

Moim największym nauczycielem był mój tato, dawał mi cenne życiowe lekcje (doświadczenia) oraz emocjonalne przeżycia (niekiedy bardzo bolesne). To dzięki niemu zaczęłam zadawać sobie pytania typu: po co tu jestem, kim właściwie jestem, dlaczego mam takie przeżycia, takich rodziców itd. To relacja z tatą „popchnęła” mnie na drogę poszukiwań, drogę własnego wzrostu. To on uruchomił najbardziej skryte tematy związane z moją kobiecością i moim stosunkiem do samej siebie jako kobiety.

Chciałabym również podziękować mojej Wspaniałej Duszy za szturchańce i kopniaczki, jakie od niej dostaję, podczas naszej wspólnej wędrówki poprzez życie. Mam nadzieję, że w dalszym etapie naszej drogi nie będzie musiała z nich korzystać. Jestem zaszczycona, że moja Dusza wybrała właśnie mnie na swoją awatarkę, abym była jej „pojazdem”, którym porusza się w obecnym życiu tu na ziemi.

Wracając do głównego tematu miłości do siebie samego przytoczę tu słowa Św. Augusta:

„Kto nie umie kochać siebie, nie umie kochać bliźniego”

Jak możemy sobie pomóc?

Warto szukać przyczyn (swojego obecnego nędznego stanu) w swoim dzieciństwie, jak i w poprzednich wcieleniach – poświęćmy trochę czasu na analizę tego, co dzieje się w naszym wnętrzu… jakie myśli się w nas pojawiają, co nas gnębi… jakie mamy zdanie o samym sobie… czy przypadkiem nie jesteśmy „sabotażystą”.

Sama siebie w pewnym sensie oszukiwałam, krzywdziłam poprzez wmawianie sobie, że wszystko jest w porządku. Przymykałam oko na swoje wewnętrzne „bolączki”, potrzeby (potrzeby innych były na pierwszym miejscu). Tak naprawdę nie szukałam przyczyn swojego niezadowolenia z życia, które od czasu do czasu się pojawiało.

Wmawiałam sobie, że muszę się zadowolić tym, co mam, nie miałam odwagi sięgnąć po coś lepszego, zapragnąć czegoś więcej dla siebie samej. W moim wnętrzu było odczucie, że „jestem niegodna”, inni są ważniejsi, ale nie ja (brak docenienia siebie samej). Żyłam z przekonaniem, że jestem tu po to, aby pomagać i wspierać innych, ale nie siebie samą. Czułam się jak misjonarka. Pomoc innym dawała mi radość, zadowolenie, ale ciągle czegoś mi brakowało. Zewnętrzne poszukiwania nie przynosiły efektów. Prosiłam własną Duszę i Wszechświat, aby mnie wspierali możliwościami, które zaprowadzą mnie do przyczyny braku miłości do siebie samej.

Zastanawiałam się, jak mogę poznać własną przeszłość, jak mogę ją odczuć, przeżyć jeszcze raz ten strach, odrzucenia, emocjonalny ból, który w sobie odczuwałam… chciałam go zrozumieć, aby się od niego uwolnić, puścić go. Musiałam się cofnąć wstecz i to bardzo daleko. Korzystając z terapii regresywnej / regresyjnej dotarłam do przyczyn. Okazało się, że moje obecne życie jest konsekwencją moich wierzeń, poglądów o samej sobie, wzorców, kodowań, które zostały mi wpojone w przeszłych życiach. Poprzez wiele żywotów wmawiano mi, że żeńska energia jest bezwartościowa, zła, niesie „zagrożenie”, jest gorsza od męskiej. To spowodowało, że sama zaczęłam wypierać się swojej kobiecości (zamknęłam się na nią). Pojawiła się we mnie nienawiść skierowana przeciwko samej sobie, autodestrukcja (brak akceptacji siebie jako kobiety).

Znalazłam się w konflikcie wewnętrznym. Zamknęłam serce, aby nie czuć emocjonalnego bólu, chciałam je chronić przed atakami z zewnątrz. Zamkniecie serca pociągnęło za sobą dalsze konsekwencje, między innymi brak miłości do innych osób, choć sama myślałam, że potrafię kochać, Myliłam to jednak z własnym „głodem” miłości, Proces uzdrawiania był mozolny i bolesny – musiałam usunąć wewnętrzne blokady, kodowania, ponownie przejść przez ból i na nowo się narodzić. Zrozumiałam, że moje obecne życie jest konsekwencją moich poprzednich żywotów, zawiera wszystko to, czego moja Dusza tam nie przepracowała, nie osiągnęła… a jak wiemy, to właśnie przepracowanie swoich traumatycznych doświadczeń z przeszłości przynosi uleczenie… musiałam się po prostu na nowo „poskładać”.

Regresja jest to przegląd wsteczny. Jest to mentalne cofanie się do naszych poprzednich wcieleń lub do okresu narodzin, pierwszego oddechu (regresja wiekowa)… ale o tym już w innym artykule.

Na zakończenie chcę przytoczyć słowa (jednego z moich ulubionych aktorów) Charliego Chaplina (w moim odczuciu ten człowiek był galaktycznym wędrowcem, poprzez aktorstwo przekazywał ludziom na tej planecie wiele radości i informacji). W swoim przemówieniu wygłoszonym z okazji swoich 70 urodzin (16 kwietnia 1969 roku) słowami płynącymi z serca w piękny, prosty sposób przedstawił miłość do samego siebie. Uważam, że nigdy nie jest na nią za późno, obojętnie ile masz lat, zawsze możesz pokochać samego siebie.

„Gdy zacząłem siebie kochać, odkryłem, że psychiczny ból i emocjonalne cierpienie są tylko sygnałami ostrzegawczymi, że żyłem przeciwko swojej własnej prawdzie. Dziś wiem, że to “AUTENTYCZNOŚĆ”.

Gdy zacząłem siebie kochać, zrozumiałem, jak bardzo można obrazić kogoś, gdy próbowałem narzucić moje pragnienia na tę osobę, pomimo tego, że wiedziałem, że to nie był odpowiedni czas, a ta osoba nie była na to gotowa, nawet jeśli tą osobą byłem ja sam. Dziś, nazywam to “SZACUNKIEM”.

Gdy zacząłem siebie kochać, przestałem pragnąć innego życia, i zacząłem dostrzegać, że wszystko, co mnie otaczało, zachęcało mnie to wzrostu. Dziś, nazywam to “DOJRZAŁOŚCIĄ”.

Gdy zacząłem siebie kochać, zrozumiałem, że bez względu na okoliczności, jestem we właściwym miejscu we właściwym czasie, i wszystko rozgrywa się dokładnie w odpowiednim momencie. Dlatego mogę być spokojny. Dziś, nazywam to “PEWNOŚCIĄ SIEBIE”.

Gdy zacząłem siebie kochać, porzuciłem zabieranie sobie własnego czasu i przestałem planować ogromne projekty na przyszłość. Dziś, robię tylko to, co przynosi mi radość i szczęście, rzeczy, które kocham robić i które wspiera moje serce, i robię je na swój własny sposób, we własnym tempie. Dziś, nazywam to “PROSTOTĄ”.

Gdy zacząłem siebie kochać, uwolniłem siebie od wszystkiego, co nie jest dobre dla mojego zdrowia – jedzenia, ludzi, rzeczy, sytuacji i wszystkiego, co ciągnęło mnie w dół i z daleka od siebie. Na początku nazywałem to podejście zdrowym egoizmem. Dziś, nazywam to “KOCHANIEM SIEBIE”.

Gdy zacząłem siebie kochać, porzuciłem próby, aby zawsze mieć rację, i od tego momentu myliłem się znacznie rzadziej. Dziś, odkryłem, że to “SKROMNOŚĆ”.

Gdy zacząłem siebie kochać, odmówiłem kontynuowania życia przeszłością i martwienia się przyszłością. Dziś, żyję tylko dla chwil, kiedy wszystko się dzieje. Dziś żyję każdego dnia, dzień po dniu, i nazywam to “REALIZOWANIEM SIĘ”.

Gdy zacząłem siebie kochać, zauważyłem, że mój umysł może niepokoić mnie i sprawiać, że robi mi się źle. Ale, od kiedy połączyłem go ze swoim sercem, mój umysł stał się cennym sojusznikiem. Dziś, nazywam to połączenie “MĄDROŚCIĄ SERCA”.

Nie musimy dłużej obawiać się sporów, konfrontacji czy żadnego innego rodzaju problemów wobec nas samych lub innych. Nawet gwiazdy się zderzają, ale z nich rodzą się nowe światy. Dziś, wiem, że “TO JEST ŻYCIE”!

Wersja niemiecka przemówienia Charliego Chaplina:
https://www.selbstbewusstsein-staerken.net/wp-content/uploads/2018/06/Als-ich-mich-selbst-zu-lieben-begann.pdf


Meggi

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *